Dzisiaj
– tak jak we wcześniejszym poście obiecałam – pojawia się mój LUNCHBOX.
Wybaczcie, że nie w takiej formie jakbyście się tego spodziewali. W ostatnim
czasie jestem zabiegana i spadło na mnie dużo obowiązków. Ze względu na te
okoliczności przedstawienie mojego LUNCHBOXA będzie miało inny charakter.
Nie
włożyłam posiłków do pudełek, ponieważ w tym tygodniu moja uczelnia podarowała
mi ogromny prezent. To znaczy długi weekend, który w zasadzie już się kończy.
Myślę,
że na tym zdjęciu jest to dla Was bardziej widoczne i łatwiej będzie mi
wszystko objaśnić. Co znajduje się na talerzu? Otóż 3 moje posiłki, które
przygotowywałam sobie na uczelnię na wtorek oraz środę. Spędziłam w te dni mniej
więcej po ponad 11h poza domem, wliczając w to czas na dojazd i powrót.
Oczywiście po powrocie zjadałam obiad, a rano w domu jak zawsze nie mogłam
przemóc się, by zjeść śniadanie. Wielkość tych posiłków nie była oczywiście taka jak na tym
talerzu.
Pierwsze pudełko: spora garść winogron (ok. 10-11)
Drugie pudełko: sałatka w ilości mniej więcej 5 łyżek
Trzeci posiłek: kanapka
Jeśli
chodzi o pierwszy posiłek to nie ma w tym filozofii. Umytą i osuszoną garść
winogron włożyłam do pudełka. Drugie pudełko to już coś bardziej
skomplikowanego, ale bez obaw. Zamieszczam poniżej przepis.
Sałatka z brokułami i makaronem
ryżowym
- 1 brokuł
- czerwona fasola z puszki
- kukurydza
- 2 pomidory
- jedna paczka makaronu ryżowego
- pieprz + sól
- majonez + jogurt (½– ½)
Sposób
przygotowania:
Myjemy brokuł. Najlepiej, żeby był świeży. W trakcie zimy ciężko o dobry i smaczny, więc można skorzystać z tych mrożonych. Brokuły wrzucamy na wrzątek – dzięki temu zachowają najwięcej swoich soków. Świeże brokuły gotujemy przez 5–7 minut. Czas zaczynamy odliczać od momentu ponownego zagotowania się wody. Zaraz po nastawieniu solimy (1 łyżeczka na 1 litr wody).
Myjemy brokuł. Najlepiej, żeby był świeży. W trakcie zimy ciężko o dobry i smaczny, więc można skorzystać z tych mrożonych. Brokuły wrzucamy na wrzątek – dzięki temu zachowają najwięcej swoich soków. Świeże brokuły gotujemy przez 5–7 minut. Czas zaczynamy odliczać od momentu ponownego zagotowania się wody. Zaraz po nastawieniu solimy (1 łyżeczka na 1 litr wody).
Jak
to właściwie jest z tymi mrożonymi warzywami i owocami? Opinie są podzielone,
jeśli chodzi o utratę wartości odżywczych podczas mrożenia. Ostatnio czytałam
artykuł, w którym opisany został właśnie proces mrożenia brokułów. Na czym to
polega? Rozpoczyna się to wszystko od przyjęcia surowca w formie różyczek
(według wymagań jakościowych przetwórni). Następnym etapem jest mycie,
sortowanie i blanszowanie. Proces blanszowania polega na krótkotrwałym
sparzeniu warzyw w temperaturze 85-100 C, który poprzedza mrożenie. Sprawia to,
że owoce i warzywa nie tracą wyjściowego koloru i aromatu. Kolejnym etapem jest
schładzanie surowca i głębokie, szybkie zamrażanie w specjalnym tunelu
zamrażalniczym w strumieniu bardzo zimnego powietrza. Nie jestem specjalistką,
ale mimo wszystko mrożone warzywa (owoców takich ze sklepu nigdy nie jadłam)
mają zupełnie inny smak niż te świeże. Mówi się, że jeśli zależy nam na dobrej
jakości to musimy zwrócić uwagę na opakowanie. Torebka nie może być rozerwana,
a warzywa lub owoce posklejane. Zbita struktura świadczy o tym, że produkt był
źle przechowywany. Prawdopodobnie został rozmrożony, a następnie ponownie
zamrożony. Nigdy nie powinno się zamrażać już raz rozmrożonego
produktu. Jest to niebezpieczne dla zdrowia ze względu na możliwy rozwój
drobnoustrojów.
Wracając do przepisu,
teraz zajmiemy się makaronem. Przygotowujemy go według wskazówek na opakowaniu i
pozostawiamy do wystygnięcia. Czy należy makaron „płukać” pod zimną wodą po
ugotowaniu? Przyznam się osobiście, że często to robię. Zdziwiło mnie, gdy
ostatnio przeczytałam, że nie jest to wcale konieczne. Wyjątek stanowi makaron
przygotowany do sałatek. Dlaczego nie powinno się „płukać” makaronu?
- Spłuczemy wtedy skrobię z powierzchni makaronu, dzięki czemu będzie on mniej lepki, ale przyswoi mniej sosu.
- Poza tym spłuczemy sól z powierzchni makaronu, dzięki czemu będzie on mniej smaczny.
Drugi argument do mnie nie
przemawia, bo nie przepadam za solą i uważam, że sam sos w sobie już jest słony
– tym bardziej jeśli decydujemy się na te słoiczkowe sosy, których od 3 lat nie
używa się w naszym domu.
My nasz makaron możemy przepłukać pod zimną wodą,
odcedzając go na durszlaku. Następnie zabieramy się za pomidory. Ja lubię te w
skórce, ale trzeba z nimi uważać. Wiele przypadków pokazuje, że skórka pomidora
jest w stanie przykleić się do żołądka i wywoływać różne dolegliwości, np.
wymioty. Jeśli obawiacie się tego, możecie pomidor sparzyć i obrać. Kroimy
pomidor w większą kostkę. Następnie odcedzamy na małym sitku kukurydzę, a
później czerwoną fasolę. Czerwoną fasolę z puszki musimy wypłukać. Wszystkie składniki
wrzucamy do miski, dodajemy majonez i jogurt. Ile? To już kwestia Waszego
upodobania. Jak zauważyliście ja mieszam te składniki w proporcji 50:50. Często
nawet dodaję więcej jogurtu naturalnego i to nie ze względu tylko na zdrowe
odżywianie, ale nie lubię smaku majonezu. Dodajemy tyle majonezu i jogurtu,
żeby składniki w miarę się razem trzymały i było to dla nas smacznie. To samo
tyczy się kwestii pieprzu i soli. Ja uwielbiam pieprz i wsypuje go więcej niż
soli.
SAŁATKA GOTOWA!
Trzeci z moich posiłków
to kanapka i tutaj pierwsza z moich kluczowych zmian w żywieniu. W zasadzie
zawdzięczam ją też piekarniom, których jakość pieczywa jest dla mnie tak słaba,
że po prostu mi nie smakuje. Od dziecka jadałam bułki i chleb, ale po pewnym czasie
straciły one swój smak. Wyjątkiem jest jedna, jedyna piekarnia w moim mieście,
która w nocy sprzedaje ciepłe duże chleby z pieca i są to najlepsze chleby,
jakie jadłam w moim życiu. Kilka razy w roku jeżdżę z rodzicami po taki
chlebek, który znika w ciągu dwóch dni w naszym domu. Nie tylko dla mnie pieczywo stało się
niesmaczne, ale dla całej mojej rodziny. Jak to rozwiązaliśmy? Mama nauczyła
się piec chleb. Koszty, które ponosimy są w zasadzie nawet ciut mniejsze od
kosztów kupna chleba z piekarni. Natomiast trzeba mieć czas i cierpliwość.
Chleby robiliśmy różne: ze słonecznikiem, pestkami dyni, płatkami owsianymi,
czarnuszką itd. W te wakacje zmieniłam swoje upodobania i przeniosłam się na
takie pieczywo:
Bardzo je lubię, ale ze
względu na sporą ilość błonnika muszę wypijać więcej płynów. Moje kanapki na
uczelnię są różne. Zazwyczaj z sałatą lodową bądź zieloną, szynką z kurczaka
gotowanego, rzodkiewką i ogórkiem bądź pomidorem. Kiedy moja siostra przestała
jeść masło na pieczywie, ja też zmieniłam ten nawyk. Masło dalej obecne jest w
moim życiu, ale w innych postaciach. Zamiast kromki posmarowanej masłem, wolę
kromkę z serkiem chrzanowym. Spożywam mało nabiału, więc przynajmniej w ten
sposób staram się wypełniać tę „lukę” w moim żywieniu.
Poza tymi trzema posiłkami
zabieram ze sobą wodę. Butelka 500 ml to za mało dla mnie. Będąc w IKEI
znalazłam świetne plastikowe butelki o pojemności 700 ml.
Poza tym na uczelni
pijam kawę, a często też zabieram ze sobą termos z herbatą. Jak na kogoś kto
dalej ma problem z piciem większej ilości płynów, jest to idealne
rozwiązanie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz